Serwis używa cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z polityką prywatności.
zamknij   

szukaj

2013-04-28 23:15:23

Sylwetki Weteranów: Emil Uran

     „Ja się nie poddałem, poprzez swoje doświadczenia wiem, że mogę pomóc innym".


Misja: III zmiana PKW Afganistan (2008 r.)

St. szer. Emil Uran, 18. batalion powietrznodesantowy Bielsko-Biała - służbę wojskową rozpoczął w 2006 roku jako celowniczy ręcznego granatnika przeciwpancernego – RPG -7W. Służba jest dla niego bardzo ważną częścią życia. Twierdzi, że wykonuje wyjątkową pracę i jest dumny z tego, że jest żołnierzem. W 2008 r. wziął udział w III zmianie PKW Afganistan.

Nie była to, dla mnie i żony, łatwa decyzja, byłem świadom ryzyka jakie może mnie spotkać na miejscu. Ale co to byłby za mnie za żołnierz, który boi się wyzwań, a tym bardziej, że wszyscy koledzy z mojego plutonu mieli lecieć. Byliśmy jak jedna wielka rodzina i to z nimi szkoliłem się na poligonach i to przed nami stanęło zadanie wyjazdu na misję.

Pamięta, że pierwsze wyjazdy nie były łatwe. Jako dowódca sekcji w pojeździe Hamer miał pod sobą ludzi, za których był odpowiedzialny.

Miałem naprawdę zgraną ekipę nie tylko w moim plutonie, ale i naszych kolegów z 12. Brygady Zmechanizowanej ze Szczecina, bo to ona tak naprawdę wystawiała cała zmianę. Również byli tam saperzy z Kazunia, którzy robią tam niezła „robotę", więc nie mogło być inaczej jak odsłużyć i wrócić do domu. A miał tam kto na mnie czekać. Zwłaszcza, że przed samym wyjazdem oświadczyłem się mojej obecnej żonie.

Niestety nie było tak dobrze jak myślał. 20 sierpnia 2008 roku zdarzyło się coś, co zmieniło jego życie na zawsze. Kiedy patrol wracał z FOB Ghazni do bazy najechał na improwizowany ładunek wybuchowy (IED).

Tak naprawdę z wypadku nie pamiętam nic, moja świadomość się wyłączyła. Nawet opowieści kolegów z miejsca wypadku nie są w stanie mi nic przypomnieć.

Świadomość odzyskał dopiero w amerykańskim szpitalu wojskowym w Rammstein. Tam, też dowiedział się o śmierci trzech serdecznych kolegów, którzy jechali w tym samym patrolu i zginęli na miejscu. W szpitalu w Rammstein spędził cztery tygodnie, gdzie zostały przeprowadzone wszystkie niezbędne operacje ratujące życie. Niestety obrażenia, których doznał były bardzo ciężkie.

Została usunięta mi nerka, śledziona i część płuca, doznałem też licznych złamań żeber, lewego kolana i kostki, jak i licznego złamania kręgosłupa w górnej części, który został sczepiony implantami, pęknięty lewy talerz biodrowy i krwiak mózgu.

Lekarze naprawdę byli pełni podziwu w jak szybkim czasie regenerował się organizm i jak duża była chęć powrotu do normalnego życia. Amerykańscy lekarze i rehabilitanci dali mu nawet ksywę „RAMBO".

Są to naprawdę fantastyczni ludzie, którzy za każdym razem jak wychodziłem na korytarz o własnych siłach stali i bili mi brawo. Naprawdę nie miałem chwili załamania psychicznego wiedziałem, że czeka mnie ciężka droga do normalnego życia.

Mówi, że jego wzorem był zawszę Jan Paweł II, którego zawsze miał przy sobie tak jak i tego nieszczęśliwego dnia. Nawet po tej tragedii nie załamał się i nawet nie pomyślał o tym, żeby zrezygnować z wojska. Wiedział jednak, że powrót nie będzie łatwy.

Gdy został przetransportowany do wojskowego szpitala w Warszawie, odwiedził go św. p. gen. Franciszek Gągor.

Żartowałem sobie wtedy, że do V zmiany PKW Afganistan wykuruję się i będę gotowy by znowu stanąć w szeregu. Naprawdę, ani przez chwilę nie wątpiłem, że nie uda mi się powrócić do wojska.

Po żmudnej i ciężkiej pracy nad samym sobą był w stanie, roku po wypadku powrócić do służby. Lecz było to niemożliwe ze względu na obrażenia, których doznał. W 2009 r. odebrał Buzdygana nagrodę Polski Zbrojnej, co jeszcze bardziej zdeterminowało go do działania. W walce o powrót do munduru wspierała go nie tylko żona i cała rodzina, ale także koledzy, z którymi wyjechał.

Wkrótce na swojej drodze spotkał szereg dobrych ludzi, a także kolegów ze Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju, którego dziś jest członkiem zarządu.

Kiedyś zadano mi pytanie „co pan zaczął doceniać bardziej po wypadku?" odpowiedziałem najprościej jak potrafiłem „ŻYCIE", bo nie do końca zdajemy sobie sprawę z tego jakie jest ważne.

W końcu doczekał się tego wspaniałego dnia, w którym wspólnie z kolegami mógł wyjść na poniedziałkowe rozprowadzenie batalionu.

Obecnie jestem kancelistą w sekcji personalnej S-1. Mój cel został osiągnięty, bo zostały zmienione przepisy, które umożliwiły rannym i poszkodowanym w misjach powrócić do munduru na specjalnych stanowiskach „zdolny z ograniczeniami". Naprawdę jestem dumny z tego, że służę i jestem żołnierzem. Inni służbę nazywają pracą. Może i mają rację, ale dla mnie jest to też służba dla ojczyzny i to my w obecnych czasach pełnimy ten obowiązek, jak kiedyś robili to nasi koledzy kombatanci wojen światowych.

Tekst: Edyta Szura
Zdjęcia: Archiwum prywatne E.U.




Rejestracja

Funkcja chwilowo niedostępna

×

Logowanie

×

Kontakt

×
Narew to polska rzeka, Narew to polski system przeciwlotniczy

Narew to polska rzeka, Narew to polski system przeciwlotniczy

System rakietowy obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu Narew należy do tej grupy polskich programów modernizacyjnych, wcale nie tak mało liczne...

więcej polecanych artykułów