2014-11-15 01:31:50
Kierownictwo MON na gorących wschodnich rubieżach
Minister obrony Tomasz Siemoniak, po wcześniejszych odwiedzinach garnizonu Siedlce, tym razem przybył do Białegostoku i Suwałk. Jego pierwszy zastępca, sekretarz stanu Czesław Mroczek, dwa tygodnie temu wizytował brygadę braniewskich kawalerzystów, a w ostatnią środę jednostki Podhalańczyków. Kierownictwo resortu obrony dokonuje przeglądu garnizonów we wschodniej Polsce.
Faktem jest, że niektóre jednostki, jak suwalski dywizjon artylerii przeciwpancernej, miały - wedle niedawnych planów - zniknąć z polskiej wojskowej mapy. Kryzys bezpieczeństwa w regionie uratował ich byt i w zasadzie wszystkie mogą liczyć na wzmocnienia. Minister Siemoniak zapowiedział, że w perspektywie kilku lat garnizony na wschód od Wisły otrzymają dodatkowe etaty, nowoczesny sprzęt i zmodernizowaną infrastrukturę. Dziś z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że dodatkowe etaty będą pochodzić z reformy Narodowych Sił Rezerwowych.
Zmiany w tej formacji, polegające w głównej mierze na tworzeniu jednolitych pododdziałów, zapisane zostały w podpisanej kilka dni temu nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego. Według szefa BBN generała Stanisława Kozieja, chodzi dalej o 120-tysięczne Siły Zbrojne, ale złożone ze 110 tysięcy żołnierzy zawodowych i 10-tysięcznej „armii wojewodów”, czyli jednolitych pododdziałów NSR. Ów przyrost o 10 tysięcy zawodowców pozwoli MON na rozbudowę kadrową garnizonów na wschodzie, jednocześnie nie zmusi do kłopotliwych propozycji dla żołnierzy służących na zachodzie – nie będą musieli się przeprowadzać, co nigdy w wojsku nie spotykało się z aprobatą. Chociaż teoretycznie wszystko się bilansuje, w praktyce osłabione zostaną jednostki w zachodniej Polsce. Zabranie 10 tysięcy etatów NSR osłabi możliwość szybkiego rozwinięcia brygad i pułków z 11. Dywizji Kawalerii Pancernej czy 12. Dywizji Zmechanizowanej. Trzeba przypomnieć, a nie wszyscy nawet na wysokich szczeblach o tym pamiętają, że wojsko zawodowe plus NSR to jeden organizm. Organizm, stworzony w 2009 roku w postaci etapów rozwinięcia operacyjnego wojsk: 100 tysięczna armia zawodowa, 20 tysięcy żołnierzy NSR – co razem ułatwia uzyskanie „mobilności operacyjnej” przez oddziały oraz ewentualne wchłonięcie, w razie potrzeby, rezerwistów z mobilizacji (w liczbie 200-300 tysięcy).
Dodajmy do tego, że obecnie Sztab Generalny WP nie zgadza się na rozwiązanie żadnej z brygad Wojsk Lądowych.
Przejdźmy do poszczególnych garnizonów. W Białymstoku stacjonuje, przeformowany z 18. Batalionu Obrony Terytorialnej (i z udziałem 12. Batalionu Rozpoznawczego ze Szczecina) w 2009 roku, 18. Białostocki Pułk Rozpoznawczy. Jest to jednostka typu „ciężkiego” - z czterema kompaniami wyposażonymi w gąsienicowe wozy BWP-1, BWP-1R czy kołowe BRDM-2. Obecnie służy w niej około 700 żołnierzy. Istotne wzmocnienia mogą być jej udziałem najwcześniej w ciągu 2-3 lat. Jak zapowiedział podczas wizyty minister Siemoniak, prawdopodobnie w Białymstoku powstanie dowództwo brygady rozpoznawczej. Wojsko powraca zatem do pomysłu sprzed kilku lat, gdy była już idea połączenia wszystkich trzech pułków (2. Pułk z Hrubieszowa, 9. Pułk z Lidzbarka oraz 18. Pułk z Białegostoku) oraz ośrodków rozpoznawczych w jeden organizm. Nie należy brygady rozpoznawczej traktować jako związku taktycznego, to bardziej dowództwo administrujące logistyką i szkoleniem polskich oddziałów rozpoznawczych, które nigdy nie będą działać całością sił. Etaty dla dowództwa brygady, być może również dla samego pułku, będą wzmocnieniami kadrowymi garnizonu Białystok. Wzmocnienie w sprzęt, jakiego mogą oczekiwać żołnierze z ulicy Kawaleryjskiej, może obejmować lekkie pojazdy kołowe kryptonim Pegaz i transportery LOTR (Lekki Opancerzony Transporter Rozpoznania). Na faktyczne efekty tych programów przyjdzie nam poczekać kilka lat.
Tomasz Siemoniak zapoznaje się z wyposażeniem suwalskiego dywizjonu. Stoi zatem przed swoim równolatkiem - przeciwpancernym pociskiem Malutka. fot. MON.
Bardziej skomplikowana sytuacja jest z 14. Dywizjonem Artylerii Przeciwpancernej z Suwałk. Przeformowany z pułku dywizjon wchodzi formalnie w skład 11. Pułku Artylerii z Węgorzewa. Licząca dziś około 200 żołnierzy jednostka uzbrojona jest w samobieżne kołowe wyrzutnie rakiet 9P133 z pociskami 9M14 Malutka, z których najmłodszą wprowadzono do uzbrojenia w 1981 roku. Już wówczas była przestarzała, dziś jest głównie ważnym elementem pokazowych działań poligonowych np. podczas Dnia Dostojnych Gości na ćwiczeniach Anakonda w br. Formalnie, zestaw 9P133, decyzjami polskich władz wojskowych, może być użytkowany nawet przez 40 lat (czyli maksymalnie do 2021 roku), gorzej z samymi pociskami przeciwpancernymi. Brak sprzętu oraz chęć likwidacji tak wyspecjalizowanej jednostki wyższego szczebla, powodowało, że jeszcze naście miesięcy temu wiadomo było, że suwalski dywizjon ma być rozwiązany do 2015 roku. Resort obrony wolał inwestować w siłę ognia i autonomiczność modułów batalionowych. Wojna na Ukrainie zmieniła tę decyzję. Nie dała jednak odpowiedzi na pytanie co dalej z garnizonem. Minister Tomasz Siemoniak podczas wizyty w Suwałkach napomknął o przeciwpancernych pociskach Spike-LR oraz jak w przypadku każdego garnizonu na wschodzie – dużych inwestycjach. Przekazanie zestawów Spike do Suwałk osłabi i tak skromne nasycenie batalionów piechoty w nowoczesną broń przeciwpancerną - łącznie mamy nieco ponad 250 wyrzutni, co wydaje się liczbą skromną, jak na potrzeby całych sił zbrojnych - na dodatek mamy raczej do czynienia z intencjami czy doraźnym rozwiązaniem sytuacji. W Planie Modernizacji Technicznej na lata 2013-2022 nie ma również planów zakupu samobieżnego rakietowego niszczyciela czołgów, czyli następcy zestawów 9P133. Pozwoliliśmy sobie zapytać o przyszłość 14. Dywizjonu resort obrony. W praktyce, jeżeli wierzyć poniższym słowom, wojskowi sami dziś nie wiedzą co będzie w Suwałkach: „Trwa w tym zakresie proces planowania i programowania. Ostateczne rozwiązania dotyczące zmian organizacyjno-dyslokacyjnych w garnizonie suwalskim znajdą odzwierciedlenie w „Programie rozwoju Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 2017-2026”.
Wspomniany na wstępie sekretarz stanu Czesław Mroczek w ostatnią środę był obecny w Jarosławiu – miejscu dyslokacji 14. Dywizjonu Artylerii Samobieżnej oraz 21. Dywizjonu Artylerii Przeciwlotniczej. Oba dywizjony znajdują się w podporządkowaniu 21. Brygady Strzelców Podhalańskich. To największa liczebnie brygada polskich Wojsk Lądowych. Wynika to częściowo ze specyficznej struktury i podporządkowania batalionów bardzo odległych (np. 22. Batalion Piechoty Górskiej z Kłodzka). Oprócz wspomnianych dywizjonów posiada w swoim składzie batalion czołgów, trzy bataliony zmechanizowane, batalion saperów, batalion dowodzenia i batalion logistyczny. Nieformalnie Podhalańczycy stali się wzorcową brygadą opartą o system czwórkowy – cztery kompanie w batalionie i cztery bataliony w brygadzie.
Podhalańska 21. Brygada otrzyma między innymi haubice Kryl oraz zestawy przeciwlotnicze Poprad z pociskami Piorun. Będzie specyficzną brygadą kołowo-gąsienicową. fot. MON.
Wiadomo obecnie, że dziś uzbrojeni w przenośne Gromy oraz Hibneryty z artyleryjsko-rakietowymi ZU-23-2 przeciwlotnicy otrzymają samobieżne zestawy Poprad. Z kolei artylerzyści zamienią swoje haubice 2S1 Goździk kalibru 122 mm na „strzelającą ciężarówkę” Kryl kalibru 155 mm. Na bazie informacji otrzymanych jeszcze kilka miesięcy temu możemy napisać coś więcej o innych zmianach w 21. BSP. Batalion czołgów z Żurawicy otrzymać ma, w miejsce T-72, nowe Wozy Wsparcia Bezpośredniego Gepard, oba bataliony zmechanizowane z Podkarpacia otrzymają KTO Rosomak z nowej partii z wieżą bezzałogową, natomiast 22. Karpacki Batalion Piechoty Górskiej otrzymać ma wielozadaniowe pojazdy Pegaz. Podhalańczycy stać się mają zatem specyficzną brygadą kołowo-gąsienicową.
Realne wzmocnienie militarne wschodnich rubieży Polski nie zmieni się poprzez stworzenie dowództwa brygady rozpoznawczej w Białymstoku, dozbrojenie suwalskiego dywizjonu w ppk Spike-LR, rozwinięcie dywizjonu przeciwlotniczego, czy kompanii rozpoznawczej w Siedlcach. MON od początku informuje, że nie ma mowy o tworzeniu nowych jednostek. Istotną zmianą, lecz dalej namiastką głębszej reformy, będzie wysokie ukompletowanie 9. Brygady Kawalerii Pancernej z Braniewa, czy 1. Brygady Pancernej z dowództwem w Wesołej. Namiastką, bowiem w naszym kraju panuje przekonanie o działaniu samodzielnych oddziałów przy braku jednolitej linii frontu (działania nielinerane). Istnieją siły lądowe, która z pewnymi ograniczeniami jest w stanie taką formę działań prowadzić, np. US Army, jednak Wojsko Polskie jeszcze przez długie lata nie będzie zaliczać się do tej grupy. I nie ma przy tym większego znaczenia, że jeden polski batalion zmechanizowany posiada BWP-1, a inny KTO Rosomak, że jedna jednostka czołgów posiada Leopardy a inna T-72. Trudno bowiem oczekiwać innej, niż walka odosobnionych zgrupowań, formy działań na szczeblu operacyjnym i taktycznym, jeżeli nie ma i długo nie będzie funkcjonalnego systemu zdobywania, wymiany i wykorzystania informacji, zdolnego na dodatek do przetrwania na współczesnym, dynamicznym polu walki. Wojsko zresztą ćwiczy system mieszany. Wystarczy spojrzeć na mapy z ćwiczeń poligonowych, batalion to w dalszym ciągu szeroka na około 10 kilometrów strefa odpowiedzialności podzielona pomiędzy taktyczne zgrupowania kompanijne.
W optymistycznym wariancie, nie biorąc pod uwagę ryzyka desantu morskiego na polskie wybrzeże, długość granic z rosyjskim obwodem kaliningradzkim oraz Białorusią to 628 kilometrów, przy gorszej sytuacji, w tym w przypadku uznania Ukrainy jako bazy potencjalnej agresji możemy mówić o blisko 1150 km lądowej granicy koniecznej do przynajmniej dozorowania. Oczywiście samych kilometrów nie można dzielić przez możliwości modułów batalionowych, ale skala jednoznacznie wskazuje możliwości naszych dzisiejszych trzynastu brygad Wojsk Lądowych.
Oczywiście wiele u nas się mówi o autonomiczności batalionów, nielinearnych działaniach. W praktyce jeszcze przez wiele lat będziemy musieli nasycać teren wojskami - i tak się ćwiczy. Mniejsze znaczenie nabiera nawet w tym wypadku "liczba luf". To pokazuje jaki problem jest z zabezpieczeniem, w optymistycznym wariancie, ponad 600-kilometrowej granicy we wschodniej części kraju. Wzmocnienie dywizjonów, a nawet jednej czy dwóch brygad poprawi sytuację, ale radykalnie jej zmienić nie może. fot. Mariusz Cielma/Dziennik Zbrojny.
Przy bardziej rozbudowanych scenariuszach agresji, stronie polskiej trudno będzie mówić o realnym wsparciu małych republik nadbałtyckich, a wręcz konieczności oparcia własnej operacji obronnej o siły wzmocnienia NATO. Tak ćwiczono podczas Anakondy 2012, jak i jej tegorocznej edycji. Z taką różnicą, że obecnie urealniono możliwości wsparcia z zagranicy, będą one kilkukrotnie mniejsze, w NATO anno domini 2014 są przecież faktycznie dużo mniejsze możliwości. Podczas obu Anakond realnie także oceniono moment ich przybycia, określany na około tydzień po rozpoczęciu „gorącej fazy konfliktu”. Nie próbowano także ćwiczyć scenariusza bazującego na deklaracji generała Philipa M. Breedlove, obawiającego się stopniowego narastania zagrożenia i realizacji przez przeciwnika "ćwiczonych" obecnie na Ukrainie scenariuszy – nie było zielonych ludzików, były klasyczne działania zbrojne.
(MC)