2013-01-11 12:06:19
Walka o życie syryjskich pilotów
Ostatnie tygodnie to prawie codzienne informacje o zwalczanych przez rebeliantów syryjskich rządowych samolotach czy śmigłowcach. Ich zadania, wcześniej prawie całkowicie bezpieczne dziś spotykają się z ostrą reakcją rebeliantów. Pewną odpowiedzią są ataki samolotów czy śmigłowców z wysokiego pułapu – poza strefą rażenia artyleryjską bronią przeciwlotniczą czy nawet i ręcznymi rakietami przeciwlotniczymi. W takich wypadkach ataki lotnicze są mało celne i przypominają raczej nękanie „terrorystyczne” niż misje wsparcia wojsk własnych. Być może i tak coraz mniej obchodzi to personel latający, robiący z apatią swoje, próbując przeżyć. Wojna domowa to prócz ośrodków zurbanizowanych możliwy brak linii frontu. O ile latać można wysoko o tyle w końcu trzeba i lądować.
I tutaj pojawiają się realizowane przez rebeliantów zasadzki ogniowe na podchodzące do lądowania samoloty czy nawet i śmigłowce. Pokazują, jak w zasadzie z ciężkim sprzętem (wkm-y czy lekkie armaty) rebelianci są w stanie zbliżyć w pobliże ścieżek do lądowania na lotniska i jak system osłony baz nie jest w stanie opanować sytuacji, stworzyć stref bezpieczeństwa. Film pokazujący jedną z takich zasadzek, ofiara jest nietypowa, to lekki samolot pasażerski Jak-40, maszyna dobrze znana także polskim VIP-om.
Przypominają mi się wspomnienia irackiego dowódcy pododdziału czołgowego. Podczas wojny z Iranem czuł się bezpiecznie w swoim czołgu, spał w nim pod jego pancerzem. Sytuacja diametralnie zmieniła się kilka lat później podczas operacji Pustynna Burza. Unikał przebywania w pobliżu czołgu, on stał się niebezpieczny, przyciągał amerykańskie rakiety. Być może podobnie jest z syryjskim personelem lotniczym. Jeszcze niedawno spokojnie i w zasadzie bez reakcji z ziemi mogli wykonywać zadania, dziś coraz częściej zadają sobie pytanie: czy wrócą z misji?
(MC)