2013-12-19 09:59:33
Pożyteczna iskanderomania
Przez nasze media przechodzi fala informacji o tym, jakoby nowoczesne systemy rakietowe Iskander znalazły się u naszych granic - w pobliskim Kaliningradzie. Kulminacja tej fali przejdze zapewne wraz z wizytą rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa.
W poprzednim tekście, (Roz)dmuchane Iskandery, próbowaliśmy udowodnić fakt nieobecności uzbrojenia tego typu u naszych granic. Kto chciał, zapoznał się z tymi argumentami, większość pewnie uznała, że coś jednak jest na rzeczy. Tym razem proponujemy coś innego, po pierwsze zwołanie przez Prezydenta Komorowskiego Rady Bezpieczeństwa Narodowego w tej sprawie, po drugie dyplomatycznego spektaklu naszego MSZ i zatroskanej twarzy ministra Sikorskiego, po trzecie oświadczenia ministerstwa obrony o treści następującej: pracujemy nad zniwelowaniem potencjalnego zagrożenia z Kaliningradu. Iskanderomania może być pożyteczna, ale głównie na gruncie wewnętrznym.
Korzystniej dziś utrzymać ten fakt medialny jak najdłużej i skutecznie wykorzystać jego nośność. Bowiem w przyszłości, za 1-2 lata, Iskandery pojawią się w obwodzie kaliningradzkim. To raczej nieuniknione. Wojsko wymienia swój sprzęt zgodnie z harmonogramem i żadne pokrzykiwania sąsiadów, czy zaniepokojenie Departamentu Stanu nie są w stanie tego zmienić.
W Polsce nadal jest stosunkowo wysoki poziom akceptacji dla wydatków na obronność. Wszystko ma jednak swoje racjonalne granice. Wydatki na nowe śmigłowce, systemy rakietowe, okręty podwodne – wszystko liczone w miliardach złotych, mają znaczną grupę przeciwników. Przecież na te złotówki "czekają" system opieki zdrowotnej, szkolnictwo, kolej, obecni i przyszli emeryci. Pomocnym narzędziem w takich sytuacjach jest zawsze ujawnienie zagrożenia. Rakiety Iskander o zasięgu minimum 500 kilometrów, to doskonały sojusznik dla polskiego planu wydatków modernizacyjnych, na zakładanym przez rząd poziomie 130 miliardów PLN (w latach 2013-2022). Pocisk balistyczny doskonale uświadamia każdemu obywatelowi z każdej częścii naszego kraju, że nie może i nie powinien czuć się bezpiecznie. Zapewnienie tego bezpieczeństwa kosztuje krocie, ale i zagrożenia są na poziomie bezpieczeństwa biologicznego (głowice z taktycznymi ładunkami jądrowymi, kasetowe). Można w sposób umiejętny wykorzystać do własnych celów rosyjskie ogólniki, nie tłumaczące, w których lasach te wyrzutnie stoją - czy pod Sankt Petersburgiem, czy pod Kaliningradem. To my możemy i powinniśmy wykorzystać ich informacyjną ofensywę i obrócić jej ostrze w drugą stronę.
I nikt nie mówi o wprowadzaniu obywateli w błąd. Nie narażamy ich na zbędne wydatki. Bowiem to zagrożenie dotrze do nas z Kaliningradu w najbliższych latach, ale może także pojawić się od strony Białorusi. Dziś, walcząc o umysły i dusze Polaków, tworzymy grunt pod rozwijanie narodowego systemu obronnego, w oczekiwaniu na to, co przyjdzie, bo przyjść musi. Taki model rozwoju, tj. silną armię, wybiera nasz wschodni sąsiad. To czytelnie widać po doniesieniach medialnych, co drugi dzień pojawiają się notatki prasowe, jakie to rakiety czy rozwiązania militarne prezydent Putin uważa za niezbędne do wprowadzenia. Rosja wydaje w tej chwili około 15,5% budżetu państwa na wojsko, a w 2016 roku ma to być ponad 20%. To 3,2% PKB.

Iskanderów w obwodzie kaliningradzkim najpewniej jeszcze nie ma, ale będą. Wykorzystajmy może już dziś to nagłośnienie sprawy dla wyjaśnienia motywów istotnych obciążeń związanych z modernizacją armii. Jesteśmy państwem i społeczeństwem demokratycznym, o takich sprawach trzeba rozmawiać. Plakat podobny do powyższego zdjęcia przemówi, podobnie jak i głośne komentowanie koncepcji rozwoju obranej przez naszego sąsiada - fot. MO Rosji.
Na początek można pokazać, że również jak Rosjanie, jesteśmy suwerenni w podejmowaniu decyzji o dyslokacji uzbrojenia. Na własnym terytorium rozmieścimy czołgi Leopard 2 tam, gdzie chcemy. Dlaczego więc, dla celów propagandowych nie wybrać pobliskiego Kaliningradowi Braniewa i nie przezbroić w te wozy tamtejszej 9. Brygady Kawalerii Pancernej? Nie jest to najkorzystniejsze rozwiązanie z powodów logistyczno-szkoleniowych, operacyjnych, ale niekiedy trzeba podjąć pewne decyzyjne "pokazowe". Można przynajmniej najbliższą Anakondę (strategiczne ćwiczenie Wojsk Polskich) przeprowadzić nie jak zwykle, na poligonie w Drawsku Pomorskim ale w Bemowie Piskim (Orzysz). Nie zapominajmy o projekcie Homar, wieloprowadnicowych wyrzutniach rakietowych średniego zasięgu, dlaczego to nie miałyby w pierwszej kolejności pojawić się w północno-wschodniej Polsce? Mamy i będziemy mieli kolejne narzędzia do podobnej gry. Dlaczego zatem zakładamy, że nasi sąsiedzi w niej nie uczestniczą?
Polski program modernizacji armii, w połączeniu z podobnymi tendencjami u sąsiadów (Grupa Wyszehradzka, region Bałtyku), to byłoby duże wyzwanie dla Rosjan. My mamy gospodarczo-finansowe zaplecze w postaci Unii Europejskiej, osiągnęliśmy już pewien poziom dostatku cywilizacyjnego i w zasadzie posiadamy jeden, niepewny pod kątem bezpieczeństwa kierunek. Z kolei Rosja to przede wszystkim inwestycje w siły zbrojne i widoczne zacofanie całych sektorów gospodarczych czy społecznych. Na dodatek, europejskie „pogróżki” są tylko jednym z problemów bezpieczeństwa tego ogromnego kraju. Prawdziwe destabilizacyjne bomby czekają cały czas na nich na Kaukazie, w Azji Mniejszej, czy w konfrontacji z Chińczykami. Czy środków z kopalin wystarczy na tak dużą kołdrę militarną od Kaliningradu po Władywostok i od Arktyki po Kaukaz? Pewnie Rosja spróbuje być wszędzie i równie wszędzie nie utracić inicjatywy. To zapowiada przecież prezydent Putin. My pamiętajmy, jak potomkowie polityczni decydentów na Kremlu podejmowali już raz ten wyścig zbrojeniowy i już przynajmniej raz ich kraj zbankrutował.
Trzeba dążyć do balansu militarnego oraz łagodzenia konfliktów z administracją rosyjską. Dodatkowo pamiętać o tworzeniu przyjaznych relacji ze społeczeństwem. Niech wydają te biliony rubli na armaty, a ludzie niech widzą, że mogą spokojnie przejechać przez granicę.
"Ciszej nad tymi Iskanderami, bo gra przecież idzie o amerykańską tarczę przeciwrakietową instalowaną także na terytorium naszego kraju" – to jest argument tych, co nawołują do milczenia. W praktyce, program European Phased Adaptive Approach (EPAA) to stricte amerykańska inwestycja. Z polskiego punktu widzenia nie ma, wynikającego z rozgłosu, znaczenia militarnego – nie obroni nas przed dziesiątkami czy setkami rakiet krótkiego zasięgu odpalonych z terytorium agresora – ma natomiast znaczenie polityczne. Jeśli zależy nam przede wszystkim na obecności amerykańskich instalacji wojskowych w naszym kraju jako gwaranta zainteresowania bezpieczeństwem Polski ze strony strategicznego sojusznika zza oceanu, to owej gwarancji możemy chyba skuteczniej upatrywać w potraktowaniu Polski na równi z Wielką Brytanią np. w dostępie do technologii i informacji wojskowych. Więcej pożytku byłoby z amerykańskich satelitow przekazujących nam dane rozpoznawcze czy Tomahawków i JASSM-ów, niż z 20 antyrakiet. Baza w Redzikowie i tak będzie modułowa, Aegis Ashore (bateria ogniowa SM-3 z radarem) jest przystosowany do wywiezienia w ciągu trzech miesięcy. Można nawet zaproponować amerykańskiemu partnerowi – przygotujmy infrastrukturę, ale niech system czeka w Stanach Zjednoczonych. Wy, Amerykanie, zyskacie nowy argument w rozmowach o globalnym bezpieczeństwie z Rosjanami, przejmiecie inicjatywę, pokażecie otwartość. Ale z drugiej strony wesprzyjcie nas, ale nie żadną rozbieralną infrastrukturą, ale systemami wzmocniającymi nasz potencjał – jak sojusznik sojusznikowi. Nie płaczmy za 100 żołnierzami z USA w Redzikowie, nie ta baza będzie stanowić o naszych możliwościach do obrony i nie będzie żadnym systemem odstraszania. Tylko czy już jesteśmy na tyle pewni siebie, żeby o tym z amerykańską administracją mówić?
Nie powinniśmy więc może postępowac tak jak teraz, przemilczeć (przyszły) problem, lecz podnieść rzuconą nam rękawicę. Zwołajmy Radę Bezpieczeństwa Narodowego i podejmijmy ją, nawet rzuconą z falstartem.
Mariusz Cielma