2014-09-07 13:14:03
Ocena walijskiego szczytu NATO – na wschodzie bez zmian
Podwyższona gotowość Wielonarodowego Korpusu Północny-Wschód, dowództwo batalionu, magazyny i składy, ćwiczenia, rotacyjna obecność na terenie Polski jednej-dwóch kompanii sojuszniczego wojska. Takie są ustalenia szczytu NATO w Walii bezpośrednio dotyczące naszego kraju, zbliżone deklaracje stały się udziałem republik nadbałtyckich. Subiektywna ocena szczytu – na wschodzie NATO bez realnych zmian.
Dziś zrozumiała jest uchwycona przez media mina ministra obrony Tomasza Siemoniaka oraz znaczące spojrzenia z Prezydentem Bronisławem Komorowskim podczas przemówienia premiera Davida Camerona. Brytyjczyk powiedział więcej, niż faktycznie otrzymaliśmy wsparcia od NATO. Żadnych bowiem elementów „szpicy” w Polsce nie będzie, jedynie nasze.
Na pewno siłą członków NATO są polityczne deklaracje. Podczas walijskiego spotkania jednoznacznie wskazano na militarną agresję Rosji w stosunku do Ukrainy, w tym bezprawną aneksję Krymu. Tak jak na każdym wcześniejszym szczycie, w pierwszym rzędzie podkreślano kolektywną obronę 28 państw członkowskich, oczywiście w tym roku takie wezwanie miało inne, bardziej realne w związku z wojną na wschodzie Europy otoczenie. NATO zobowiązało się do podniesienia gotowości potencjału, w praktyce aktualizację planów wzmocnienia sił we wschodniej części sojuszu, co w związku z likwidowaniem potencjału sił zbrojnych armii zachodnich oraz amerykańskiego kontyngentu w Europie powinno mieć wymiar permanentny. W końcowej deklaracji zobowiązano się także do wydatkowania 2% PKB na obronność oraz 20% kwoty na modernizację techniczną, to również tylko deklaracja bez realnych narzędzi egzekucyjnych. Dodatkowo państwa Paktu powołają do życia Siły Natychmiastowego Reagowania (o czym dalej). Inne „konkrety” to 15 milionów euro pomocy w funduszach dla przegranej dziś militarnie Ukrainy. Największy sojusz militarny jako całość był w stanie złożyć się na przeliczeniowe sześć "używanych i po remoncie" silników do myśliwców MiG-29, dodam, że każdy samolot musi posiadać ich aż dwa. Nie przebiła się medialnie jedna, wielonarodowa inicjatywa podpisana w Walii i będąca pewnym kierunkiem dla szukania rozwiązań wobec niewydolnego pod kątem decyzyjności NATO (o decyzyjności patrz komentarz: Bliźniak Unii Europejskiej, nieefektywne NATO). Subiektywna ocena szczytu w kilku słowach została już podana, na wschodzie NATO bez realnych zmian. W praktyce nie była to wina polskiej delegacji, skoro nawet w regionie Czesi czy Słowacy uważają inaczej. A teraz trochę szczegółów.

Dumnie podniesione głowy liderów 28 państw-członków NATO, ale wymuszone. Nad nimi bowiem defilada powietrzna. W 2016 roku szczyt sojuszu odbędzie się w Warszawie. fot. NATO
Reformą Sił Odpowiedzi NATO (NATO Response Force) będzie utworzenie oprócz istniejących w tej strukturze Sił Szybkiego Reagowania, najbardziej mobilnego elementu określanego mianem „szpicy”, a oficjalnie Siłami Natychmiastowego Reagowania. Biorąc pod uwagę czas zakładanego dotarcia w rejon operacji, od 48 godzin do pięciu dni, można z dużą dozą prawdopodobieństwa wskazać, że będą miały charakter lekki: wojska aeromobilne, specjalne, komponent lotniczy o łącznej liczebności 4-5 tysięcy żołnierzy. Tylko transport lotniczy zapewni zakładany czas reakcji. Co ważne i aż dziwne, że inaczej przedstawił to w przemówieniu premier David Cameron, dowództwo „szpicy” nie będzie znajdować się w Polsce, w naszym kraju nie będą stacjonować również żadne elementy tych sił (oprócz naszych krajowych, wydzielonych przez Polskę do Sił Natychmiastowego Reagowania). Dowództwo Sił Natychmiastowego Reagowania będzie działać tam, gdzie będzie potrzeba ich użycia. Dla skuteczności zarządzania warto, aby istniało już w czasie pokoju, stale prowadząc monitoring sytuacji oraz kontrolę nad podległymi oddziałami choć możliwe, że powstanie tylko odpowiednia komórka w ramach dotychczasowych dowództw NRF. Wojsko oczywiście zapewni zakładany czas operacyjnego rozwinięcia, ale krytyczna jest jednak kwestia politycznej decyzji dającej zielone światło do działania komponentu. Ta ostatnia jest największym „grzechem” całego sojuszu. Utworzenie Sił Natychmiastowego Reagowania jest korzystne, aż dziw bierze, że powstają dopiero w 2014 roku. Ta data to oczywiście odpowiedź związana z wiarą poszczególnych państw w skuteczność Paktu, żadna armia nie może sobie już od dekad pozwolić na brak jednostek tej klasy w swoich zasobach. NATO jak widać mogło funkcjonować bez nich. NRF jest politycznym i wizerunkowym narzędziem od poligonów, zabezpieczenia olimpiad czy pomocy przy klęskach żywiołowych. Zaskakujące, że jednak nie zdecydowano się na sygnał w stronę Rosji i symboliczne znaczenie związane jednak z utworzeniem nowego dowództwa w Polsce, co ani nie było kosztowne ani kontrowersyjne. Jest to bardzo duży minus dla przywódców.
Zapowiedziano za to podniesienie gotowości Wielonarodowego Korpusu Północny-Wschód mającego siedzibę dowództwa w polskim Szczecinie. Warto zwrócić uwagę, jak w ciągu kilkunastu lat stał się on kadłubkiem jednostki operacyjnej. W końcu lat 90-tych składał się z trzech dywizji: duńskiej, niemieckiej i polskiej. Spośród nich, rozwiązane zostały już lata temu dwie pierwsze. Dziś korpus (jeden z ośmiu w europejskiej części NATO) to liczące około 200 osób wielonarodowe dowództwo plus podporządkowana mu polska brygada dowodzenia z niemieckim 611. Batalionem Łączności. Zgodnie z zapowiedziami ze szczytu walijskiego, Korpus uzyska wzmocnienia osobowe oraz podniesiony zostanie jego stopień gotowości, dziś określany na 6 miesięcy. To największe novum. Bowiem Korpus już od dawna pełni rolę dowództwa zarządzającego siłami wzmocnienia od sojuszników. Przypominam artykuł Dziennika Zbrojnego konkretnie opisujący ćwiczenia Anakonda 2012 i udział w nim szczecińskiego dowództwa. Podniesiona gotowość nie zmienia faktu, że wszyscy ci oficerowie zamieszkali kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Niemcami, muszą czekać aż przydzieli im się oddziały liniowe. Żałuję, że zamiast Korpusu NATO z oficerami z blisko 20 państw nie tworzy się na jego bazie operacyjnej jednostki kryzysowego zarządzania w rejonie Bałtyku, przede wszystkim wespół jeszcze ze Szwedami i Finami (patrz tekst: Baltic Joint Forces Command).
Według słów ministra Tomasza Siemoniaka w Polsce znajdzie się dowództwo sojuszniczego batalionu oraz rotacyjna obecność wojsk ćwiczących w sile 1-2 kompanii. Prawie na pewno można założyć, że dowództwo batalionu będzie amerykańskie, tak jak jedna z kompanii. Możliwe, że druga kompania pochodzić będzie z Wielkiej Brytanii. Łącznie może to być 400-500 ludzi, w tym 200-300 Amerykanów). Dowództwo batalionu zajmie się koordynacją ćwiczeń wojsk lądowych na terenie Polski oraz Litwy, Łotwy i Estonii (w sumie 4-5 kompanii), będzie zatem bardziej strukturą zarządzającą niż operacyjną. Deklaracja z Walii nie jest zatem niczym nowym w stosunku do tego co dzieje się w naszym kraju od kilku miesięcy, wojsko ćwiczy. Państwa sojuszu, głównie Stany Zjednoczone, zdecydowały, aby nie zrywać porozumienia z 1997 roku podpisanego z Rosją w sprawie stałej obecności zagranicznych wojsk na terenie nowych wówczas członków NATO. Pozostawia się otwartą furtkę do rozmów z Moskwą licząc, że przynajmniej średnioterminowo cały kryzys zostanie zakończony. Rotacyjność jest korzystna dla zachodnich armii. Nie wiąże tak z krajem gospodarzem. Pozwala na bardziej elastyczne kierowanie sił na ćwiczenia do Polski czy Bałtów, za 2-3 lata intensywność których może znacząco spaść. Jest to bardzo niebezpieczne, ale możliwe, bowiem rosyjski plan jest rozpisany na lata, nie na 2014 czy 2015 roku. Dodatkowo, rotacyjność nie wymusza sprowadzania do Polski rodzin żołnierzy amerykańskich, jak jest na przykład w Niemczech. Obecność w Polsce żołnierzy amerykańskich oraz członków ich rodzin byłaby realniejszym wkładem w nasze bezpieczeństwo, niż ciągłe, w dużej mierze wizerunkowe ćwiczenia (popytajmy polskich spadochroniarzy co ćwiczą w Drawsku Pomorskim, po jakim czasie brakuje już im „pomysłów” na wspólne zajęcia). Wystarczyłby batalion amerykańskich wojsk ciężkich na Mazurach, żadne dwie brygady jak życzą sobie niektórzy. Ma to uzasadnienie dla bezpieczeństwa wojsk polskich (patrz tekst: Amerykański batalion – garnizon Mazury). Na razie, tak jak dotychczas można spodziewać się udziału amerykańskich sił powietrznych i specjalnych w rotacyjnych ćwiczeniach z ich polskimi odpowiednikami.
Zapowiedziano rozmieszczenie w Polsce oraz krajach nadbałtyckich składów i magazynów z sojuszniczym uzbrojeniem oraz wyposażeniem wojskowym. Z racji pobliskich portów (Świnoujście), lotnisk (Szczecin, Powidz i Świdwin) oraz poligonu niezbędnego do rozwinięcie i zgrania wojsk (Drawsko Pomorskie) można z dużym prawdopodobieństwem wskazać lokację infrastruktury na Pomorzu Zachodnim. Otwartym pozostanie pytanie, jak duże będą te magazyny, czy aby nie zajmą się tylko przetrzymywaniem sprzętu na potrzeby rotowanych do szkolenia wojsk, w myśl zasady, zmieniamy ludzi – sprzęt pozostaje.
Za wzmocnienie wschodniej flanki uznać można decyzję, że kolejny szczyt NATO odbędzie się w 2016 roku w Warszawie. Być może w ramach jego zabezpieczenia uczestniczyć będą żołnierze ze "szpicy".
Powyższe opisanie poszczególnych elementów wsparcia wynikających z ustaleń najważniejszego spotkania sojuszników NATO uznać można za skromne. Sygnał jest symboliczny, jednak symboliczny i mało jak na nasze oczekiwania namacalny. Średnioterminowo, przy odpowiednim reagowaniu strony rosyjskiej, może okazać się prawie żaden. Nawet tych 400 żołnierzy z wojsk rotacyjnych kiedyś wyjedzie.
Komentatorom walijskiego szczytu umknął jeden fakt. Podpisanie w jego trakcie porozumienia (list intencyjny) o utworzeniu Połączonych Sił Ekspedycyjnych (Joint Expeditionary Force) składających się z oddziałów Wielkiej Brytanii, Norwegii, Danii, Holandii, Litwy, Łotwy i Estonii. Jednostki złożonej z oddziałów pancernych i aeromobilnych, która osiągnie operacyjną gotowość w 2018 roku. Oprócz działań w ramach NATO czy ONZ inicjatywa ma skupiać „podobnie myślących” sojuszników. To jest jakieś rozwiązanie. Oprócz budowy własnego potencjału, realnych stosunków z Amerykanami, którzy mają globalny interes w zatrzymaniu postępów rosyjskich, podgrzewania ognia solidarności w NATO pozostaje budowa więzi regionalnych opartych o Bałtyk. Głównie państwa w regionie mają pierwiastek wspólnego interesu – strach przed Rosją.
Mariusz Cielma