Serwis używa cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z polityką prywatności.
zamknij   

szukaj

2026-07-31 11:10:01

Kolejna rakieta nad Polską – zgodnie ze sztuką, chaos, a może typowo nasze „piekiełko” i ograniczenia?

     Noc z 29 na 30 lipca była kolejną, w której atakowano Ukrainę, w gotowości i działaniu był polski (sojuszniczy) system obrony powietrznej, ale przede wszystkim po raz pierwszy od dłuższego czasu odnotowano naruszenie naszej przestrzeni powietrznej wyspecjalizowanym rosyjskim środkiem bojowym. Pocisk manewrujący Ch-101 spadł na Lubelszczyźnie. Materiał wyraża obserwacje, opinie, komentuje pewne zagadnienia, a został umieszczony w dziale wiadomości, aby dać możliwość komentarza Czytelnikom „Dziennika Zbrojnego”.

 O prowadzonych przez stronę rosyjską przygotowaniach do dużego ataku powietrznego wiadomo było od kilku dni, o czym publicznie informowała strona ukraińska. Po atakach ukraińskich prowadzonych na magazyny uzbrojenia i lotniska Ukraińcy monitorują przerzut środków bojowych (rakiet i pocisków balistycznych) do wysuniętych jednostek oraz lotnictwa bombowego na bliższe do strefy działań lotniska (dotyczy przede wszystkim Tu-95MS). Jednym z ostatnich składników alarmujących jest aktywność specjalnego systemu wymiany danych w lotnictwie bombowym. Wówczas atak jest kwestią godzin.

 29 lipca br. około południa pojawiły się komunikaty, że tej nocy spodziewane są masowe ataki powietrzne skierowane przeciwko Ukrainie. Pomijam kwestię rakiet balistycznych (Iskander, S-400, ale wspomnieć trzeba już po fakcie, że po raz pierwszy od dawna użyto północnokoreańskiej KN-23). Duży udział w atakach miało mieć rosyjskie strategiczne lotnictwo bombowe. Spodziewano się, co naturalne i historycznie potwierdzone, że punktem ciężkości działań przeciwnika będzie Kijów. Inne rejony Ukrainy o podwyższonym ryzyku uderzeń to zasadniczo wschodnia (Charków, Dnipro) i południowa część kraju (Odessa).

 Po godzinie 19 pojawiły się informacje o starcie na Dalekim Wschodzie (nomen omen lotnisko „Ukrainka”, obwód amurski) naddźwiękowych samolotów bombowych Tu-160, potem uzupełnione, że są ich przynajmniej trzy. Około godziny 23.30 wystartowało z kolei 4-6 samolotów bombowych Tu-95MS z lotniska „Olenja” w obwodzie murmańskim (pogranicze rosyjsko-norwesko-fińskie)

 O odpaleniu rakiet manewrujących Ch-101 przez rosyjskie lotnictwo bombowe Siły Powietrzne Ukrainy poinformowały o godz. 1.59. Co ciekawe, Dowódca Operacyjny RSZ informując o przebiegu działań przekazał, że dokładnie o tej samej godzinie wydał polecenie do startu polskich samolotów myśliwskich. Kwadrans później z rejonu bazy morskiej Noworosyjsk (Morze Czarne) odpalono okrętowe pociski manewrujące Kalibr. W tym czasie liczbę odpalonych pocisków Ch-101 (rubież otwarcia ognia obwód wołgogradzki) szacowano na 35-40 plus wspomniane 8 Kalibrów. Pierwsze skrzydlate Ch-101 wleciały nad Ukrainę w rejonie obwodu sumskiego ok. godz. 2.30, z kursem na środkową część kraju Niewiele potem pojawiły się Ch-101, które wleciały nad terytorium Ukrainy w obwodzie czernihowskim (kurs na Kijów). Około godz. 3 w nocy zasadnicza część rakiet Ch-101 znajdowała się w centralnej części Ukrainy. 20 minut później wiadomym było, że lecą dalej na zachód, w grupie około 20 rakiet. Około godz. 3.40 atakowały Lwów (nie ma uzasadnienia podawanie co było celem, choć oczywiście strona rosyjska oficjalnie tłumaczyła co nim było).

 W swoim komunikacie Dowództwo Operacyjne RSZ informowało, że o godz. 3.29 jeden z pocisków zbliżył się na odległość 5 km od granicy z Polską po czym zawrócił na wschód (nie podano lokalizacji), przy czym dodam, nie natrafiłem na informację po stronie ukraińskiej dotyczącą takiego zdarzenie w podanym czasie. O godzinie 3.39 Ukraińcy informowali, że dwa pociski skrzydlate Ch-101 lecą w stronę granicy z Polską. Dowództwo Operacyjne RSZ podało, że o godz. 3.40 odnotowano „niezidentyfikowany obiekt” w polskiej przestrzeni powietrznej poruszający się w kierunku zachodnim, po czym podjęto decyzje (o czym dalej).

Chyba najbardziej popularna mapa prezentująca sytuację z ataków rosyjskich na Ukrainę, w tym przypadku w noc na 30 lipca. Mapa w pełni nie oddaje tego co jest w tekście, tekst opiera się o kilka źródeł, ale nakreśla niewątpliwie obraz po atakach z tej nocy (zestrzelono ze zidentyfikowanych przez ukraiński system: 0 z 4 manewrujących pocisków hipersonicznych Cyrkon, 1 z 9 pocisków balistycznych, 54 z 61 pocisków manewrujących Ch-101/Kalibr i 265 z 284 dronów różnego typu). Na mapie maniesiono jedynie miejsca przekroczenia granicy z Polską przez pocisk Ch-101 oraz jego upadku w powiecie biłgorajskim. Mapa: MonitorWar

 Wróćmy do stricte polskiego przypadku. Rakiety, które zbliżyły się do naszej granicy miały pochodzić z grupy Ch-101 wlatującej znad Rosji w ukraiński (prawdopodobnie) obwód czernihowski. Kierując się na południowy zachód przez Nieżyn, następnie Bierezań, ominęły z południa Kijów, potem były odnotowane na kierunku Biała Cerkiew (ok. godz. 3.00), w obwodzie żytomierskim (ok. godz. 3.12) lecąc dalej na Berdyczów, potem kierowały się na Dubno (3.26), następnie z obwodu rówieńskiego na graniczny m.in. z Polską wołyński (3.30, alarm powietrzny ogłoszono blisko 20 minut wcześniej, co ma znaczenie i o czym dalej). O godzinie 3.34 Siły Powietrzne Ukrainy wydały komunikat o kierowaniu się (pocisku lub pocisków, dla uzupełnienia warto dodać, że to mniej oficjalne kanały pisały o dwóch rakietach – co napisałem wyżej, inne o „grupie rakiet”, a formalne konto należące do Sił Powietrznych Ukrainy posłużyło się ogólnym skrótem „rakieta skrzydlata”) w stronę Włodzimierza i granicznego Uściługa. Dodać można, że do obwodu sumskiego ok. godz. 4.40 wleciała kolejna grupa rakiet, ale w naszym temacie nic ona już nie wnosi.

 Wejdźmy teraz w nasze decyzje. Te dosyć szczegółowo przedstawił w trakcie spotkania z udziałem premiera Donalda Tuska w Urzędzie Wojewódzkim w Lublinie Dowódca Operacyjny RSZ gen. dyw. pil. Ireneusz Nowak. Przed północą miały być symptomy, że będzie to noc podwyższonej aktywności rosyjskiej. Podniesiono gotowość sił i środków zadysponowanych do ochrony/obrony polskiego terytorium (przestrzeni powietrznej). Generał Nowak wymieniał: 15-minutową gotowość pary dyżurnej myśliwców F-16 z 32. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Łasku (można założyć, główny powietrzny element systemu tej nocy na dyżurze), skrócona do 15 z 30 minut gotowość pary dyżurnej MiG-29 z 22. BLT z Malborka (para rezerwowa), 30 minutowa gotowość do startu samolotu Saab 340 AEW z Brygady Lotnictwa MW (wbrew pozorom, system zadaniowy tego samolotu ma ograniczone możliwości wsparcia działań przy dynamicznej sytuacji) oraz podniesiono gotowość dla śmigłowca Mi-24 (bazują na wschodzie Polski jako element oddziaływania na potencjalne pojawienie się dronów, podobnie jak czeska jednostka z parą śmigłowców UH-1Y Venom – z grubsza zidentyfikujmy ich lokację jako Lubelszczyzna). Aktywowano także naziemne systemy obrony powietrznej, w tym holenderski moduł ogniowy Patriot pod Rzeszowem).

 Decyzję o starcie pary dyżurnej F-16 generał podjął o godz. 1.59 (zbieżność z komunikatem ukraińskim o odpaleniu rakiet z bombowców), myśliwce zająć miały udać się w rejon wyczekiwania. Generał Nowak wspomniał także o zadysponowaniu tankowca z jednostki międzynarodowej NATO z bazy w niemieckiej Kolonii (samolot A330 MRTT). W tym miejscu się zatrzymajmy. Zadysponowanie tego samolotu musiało odbyć się dużo wcześniej niż przed północą. To jedyna maszyna, której lot (typowo i tym razem również) możemy śledzić na popularnym FlightRadar24. Tankowiec ok. godz. 23.25 wystartował z lotniska pod Kolonią, a do strefy operowania położonej na północ od linii Tarnów-Rzeszów dotarł przed godziną 1.00 w nocy. W momencie startu F-16 w dyspozycji była więc już od godziny latająca cysterna. Nie było tego dnia wsparcia ze strony „latającego radaru” NATO (E-3A AWACS), stąd wniosek, że Saab 340 najpewniej wszedł również do działań.

 Jak dalej mówił Dowódca Operacyjny, wychwycono dwa pociski, które stwarzać mogły zagrożenie dla przestrzeni powietrznej Polski, dodając, że uwagę skupiono na dwóch kierunkach (prawdopodobnie więc nie była to jedna grupa rakiet, ale dwa oddzielne pociski znajdujące się w odległych od siebie lokacjach). Przed godz. 3.40 jeden z F-16 dostać miał polecenie lotu „w kierunku tego obiektu”, wykonać przechwycenie i dokonać wymaganej identyfikacji wzrokowej. Była przy tym gotowość do wydania polecenia (formalnie rozkazu) do zestrzelenia obiektu. F-16 miał znaleźć się w pobliżu obiektu dokładnie w momencie, kiedy uderzył on w ziemię. Dodajmy, obiekt spadł w rejonie miejscowości Tarnawa-Kolonia (północna część powiatu biłgorajskiego, ok. 40 km na południe od Lublina). Eksplozja ta miała miejsce około godz. 3.46. Po pewnym czasie na miejsce skierowany został śmigłowiec Mi-24. Drugi F-16 patrolował strefę przygraniczną monitorując sytuację.

 Według Ukraińców pocisk Ch-101 o godzinie 3.39 wleciał w polską przestrzeń powietrzną ok. 20 km na północny-zachód od miejscowości Uściług. Była więc bardziej na kierunku białoruskim niż lwowskim. W polskiej przestrzeni w linii prostej pokonała blisko 90 km w czasie 6-7 minut (pocisk Ch-101 porusza się z prędkością zbliżoną do rejsowego samolotu pasażerskiego). Z wypowiedzi wojskowych wynika, że pocisk był stale monitorowany przez systemy radarowe (co ciekawe, dosłownie dzień wcześniej jeden z nich wizytował gen. Nowak, przy czym to nie jest żadną tajemnicą, na takim posterunku znajdują się nasze podstawowe radary NUR-15M Odra-M), a pojawiające się odniesienia o traceniu sygnału (plotów), wypowiedziane m.in. przez premiera Tuska, raczej odnoszę do drugiej rakiety, czy ogólnie sytuacji na wschodzie (pomijam wielokrotne błędne klasyfikowanie zagrożenia przez premiera jako rakieta „balistyczna”, co ma swoje znaczenie nie tylko symboliczne – pocisk balistyczny leci zwykle kierunkowo – przewidywalnie, a manewrowy może dokonać pełnego zwrotu w krótkim czasie wedle zaprogramowanej przed startem trasy).

 Premier Tusk powiedział w Lublinie także interesującą rzecz o ukraińskim MiG-29 próbującym prawie do granicy zestrzelić rakietę. Może to być prawda. W pobliskim Łucku stacjonuje 204. Brygada Lotnictwa Taktycznego z MiG-29 (dawna i znana z 2014 roku krymska brygada z lotniska Belbek). Swoją drogą byłoby to namacalne udowodnienie, że przekazywanie uzbrojenia Ukrainie może bezpośrednio wpływać na bezpieczeństwo Polski, ten konkretny MiG mógł przecież pochodzić z naszych donacji.

 W przestrzeni publicznej pojawiła się informacja, że myśliwiec ukraiński zaniechał ataków na 20 sekund przed polską granicą, aby nie razić potencjalnie polskiego samolotu znajdującego się po naszej stronie, ewentualnie nie spowodować strat na ziemi od szczątków z rakiet. Nie mam o tym informacji. Tezę tę powtórzył wieczorem wiceminister ON Cezary Tomczyk w programie „Fakty po Faktach” TVN24, ale nie mam wiedzy, czy bazował na danych resortu czy powielał informację z portalu „X”. Faktem jest, że podstawowym myśliwcem w Ukrainie są F-16 mające na swoim koncie blisko 1000 zestrzeleń obiektów powietrznych. Walki takie zwykle odbywają się na bardzo bliskich odległościach, setek metrów maksymalnie 1-2 km od obiektu. Używa się do tego zadania rakiet krótkiego zasięgu (w przypadku MiG-29 są to R-73), ale biorąc pod uwagę skalę zadań, chyba częściej stosuje się działko pokładowe (wspomnieć trzeba ryzyko takich działań i utratę raptem 29 lipca kolejnego ukraińskiego F-16 przy zwalczaniu obiektu powietrznego). Przyjmując za rzeczywistość sytuację z myśliwcem MiG, w mojej opinii, jeżeli miał możliwość oddziaływania na rosyjską rakietę 20 sekund przed granicą (w zależności od prędkości 5-10 km przed granicą), pilot ukraiński mógł podjąć decyzję o ataku na rakietę rosyjską, ta zwrot na zachód (nad Polskę) prawdopodobnie dokonała dopiero w strefie granicznej, wcześniej lecąc bardziej w kierunku północny-zachód. Oczywiście mógł podjąć i decyzję o rezygnacji z ataku (były i warunki nocne, a postsowiecki myśliwiec ma swoje ograniczenia), ale teraz otwiera to drogę do propagandy (dezinformacji) – przepuścili, a mogli zestrzelić.

 Moim zdaniem po drugiej stronie granicy, w pobliżu, nie było polskiego myśliwca. Świadczą o tym słowa o skierowaniu go w kierunku rakiety. F-16 nie śledził pocisku Ch-101, ale udał się na przechwycenie. Uważam, że nie kierujemy myśliwców w strefę bliską granicy, ponieważ uzbrojenia możemy użyć (i mierzyć się ze skutkami jego użycia) tylko nad własnym terytorium (to można zmienić, ale nie na podstawie rozmowy z prezydentem Zełenskim, ale na podstawie umowy międzynarodowej). Nie znam odpowiedzi na pytanie, dlaczego przechwycenia dokonano 90 km od granicy. Nie wykluczam, a była to godzina 3.30-3.40, że korzystano wówczas z powietrznego tankowca NATO (ten opuścił strefę tankowania dokładnie w tym czasie, kierując się na lotnisko bazowe w Niemczech).

Podstawą polskiego systemu lotniczego zabezpieczenia przestrzeni powietrznej są myśliwce F-16. W ramach par dyżurnych samoloty uzbrojone są w działko kal. 20 mm, podwieszane pociski powietrze-powietrze AMRAAM i AIM-9X, ale wręcz ikoniczny must have tworzy również zasobnik celowniczy Sniper. Zdjęcie przykładowe i archiwalne. fot. Mariusz Cielma 

 Według mnie, pocisk Ch-101 przeprowadził procedurę ataku na pole z rzepakiem. Wskazuje na to słynne zdjęcie z lejem (kraterem), o prawie równomiernym efekcie wybuchu, wskazującym na bliskie pionowemu uderzenie. Tak atakuje Ch-101, jeśli leci na niskiej wysokości, wykonuje „górkę” i atakuje prawie pionowo w dół, jeśli zaś jest na odpowiedniej wysokości kieruje się w dół. Nie znam wysokości Ch-101 nad Polską, ale nad Ukrainą latają z wiadomych powodów na niskiej, 200-300 metrów.

 Pocisk albo celowo atakował pole z rzepakiem, albo wleciał nad terytorium Polski w wyniku defektu. W mojej opinii i biorąc pod uwagę, że z układów nawigacji/naprowadzania można w nim zakłócić jeden element (nawigację satelitarną) - co nie wpływa to ogólnie na lot, ale precyzję uderzenia (pracuje zliczeniowa nawigacja inercyjna, ale i w zależności od wersji i produkcji Ch-101 wgrana mapa terenu radiowo porównywana z położeniem pocisku oraz optoelektroniczne wykonywanie zdjęć terenu porównujące to z wgranymi obiektami). Biorąc pod uwagę odległość, błąd nawigacji (bez satelitarnej, a jedynie z inercyjną) mógł być raczej na poziomie setek metrów, maksymalnie pojedynczych kilometrów. Dodać można, że od pewnego czasu Rosjanie stosują na Ch-101 systemy walki do osłony przed środkami walki radioelektronicznej i system odpalanych flar mających mylić wystrzelone przeciw niej pociski (te naprowadzane na podczerwień). Upadek rakiety nie wskazuje na uszkodzenia czy brak paliwa i bardziej płaskie przyziemienie. Uderzyła prawie pionowo.

 To była prowokacja, ponieważ przynajmniej dwa pociski zbliżyły się do granicy z Polską. Jeden z nich miał zawrócić. Rosjanie tak kalkulowali i tak zaprogramowali trasę ich lotu, skoro jeden zawrócił 5 km przed granicą - świadomie. Moim zdaniem była to planowa prowokacja, wskazuje na to trasa lotu tego konkretnego problematycznego pocisku – nie poleciał na północ w stronę Białorusi, czy pogranicza polsko-białoruskiego (Brześć), ale wykonać miał zwrot na zachód. Badania szczątków raczej nic nie wykażą, to nie jest sytuacja z września 2025 roku z szybującymi (tym samym całymi) dronami Gerbera.

 Jak wyglądają nasze procedury i realia. Dowódca Operacyjny RSZ wydaje rozkaz i wskazuje jak go wykonać (rodzaj uzbrojenia) dla pilota myśliwca przechwytującego. W określonych przypadkach taką decyzję może podjąć sam pilot. Wcześniej wymagana jest identyfikacja obiektu, prawdopodobnie dokonywana także za pomocą przenoszonego przez F-16 zasobnika celowniczego Sniper. Wojsko operowało terminem „niezidentyfikowany obiekt”, stąd taka procedura była wymagana. Tak samo nadrzędnym kryterium przy wydaniu rozkazu o użyciu uzbrojenia jest bezpieczeństwo osób postronnych. Po trafieniu rakietą z myśliwca w roku ubiegłym w dom w Wyrykach wiadomo w czym problem. Polska jest gęsto zabudowana, każda sytuacja stwarzająca tylko zagrożenie dla życia osób, nawet użycie uzbrojenia, będzie przedmiotem wyjaśniajacych postępowań prokuratorskich. To powód do obaw dla każdego, od Dowódcy Operacyjnego po pilota. Nie są to obawy bezpodstawne, ale w mojej opinii wręcz ograniczające skuteczność Wojska Polskiego w czasie pokoju.

  Co ciekawe, przy kwalifikacji obiektu jako „pocisk rakietowy” przepisy pozwalają na użycie uzbrojenia bez identyfikacji. Wydaje się, że oczywistym, co leciało w stronę Polski, ale formalnoprawnie zapewne Dowódca Operacyjny musiałby się z takiej decyzji tłumaczyć, postępując zgodnie z literą prawa – a tego oczekujemy od wojska – trzeba było przechwycić i zidentyfikować „niezidentyfikowany obiekt”. Po drugie mam wątpliwości, czy napędzany silnikiem turboodrzutowym pocisk skrzydlaty Ch-101 można określić mianem rakietowego. Technicznie nie, prawnie uważam podobnie, ale tym niech zajmą się kompetentne osoby.

  Mimo wszystko należy zmienić przepisy prawne dające możliwość działania lotnictwa bojowego bliżej granicy, swobodniej i agresywniej. Do tego wymagana jest już w czasie pokoju praktyczna realizacja głoszonej od lat „politycznej strategii” – bronimy każdego centymetra polskiej ziemi, na bronimy tak samo polskiego nieba. Potrzebna jest umowa międzynarodowa z Ukrainą i głęboka współpraca z siłami zbrojnymi tego kraju, a nie mam przekonania, że tak jest.

  Ma to uzasadnienie, bowiem każdy obywatel naszego kraju ma prawo wymagać ochrony, tego oczekiwały także ofiary z Przewodowa. Nie przyjmuję do wiadomości słów premiera Tuska, że pocisk nie leciał na mocno zabudowane tereny. Być może Donald Tusk za bardzo przywiązał się do słowa „balistyczny”, czyli lecący kierunkowo, ale od początku było wiadomo, że mowa o pocisku manewrującym – nazwa wskazuje jak zachowuje się ten rodzaj wyspecjalizowanego wojskowego uzbrojenia lotniczego. W każdej sekundzie mógł skierować się nad pobliskie miasto, a nawet jeśli nie - patrz motyw główny – każdy obywatel Polski, nawet mieszkający w wiejskiej kolonii, ma prawo do obrony i bezpieczeństwa.

 Jako obywatelowi nie daje mi również spokoju, że pocisk spadł na polską ziemię eksplodując swoją blisko półtonową głowicą bojową, a dopiero po kilku minutach zawyły syreny alarmowe. Nic nam po takim systemie. Poprawić to można w łatwy sposób wyznaczając rubież alarmowania już nad określonym terytorium Ukrainy. Podałem przykład, że w obwodzie wołyńskim alarm powietrzny ogłoszono 20 minut przed komunikatem Sił Powietrznych, o co konkretnie chodzi, a chodziło o rakietę, która dalej leciała nad Polskę. To oczywiście może być trudna decyzja, bowiem zaraz pojawią się głosy, po co niepokoić jeśli nic się nie wydarzyło. Naszym decydentom pomóc może statystyka, to nie jest codzienność, że atakowana jest zachodnia Ukraina.

 Trudną do akceptacji ciekawostką z tej nocy jest także, jak można było pozwolić, aby algierski wojskowy samolot transportowy C-130 Hercules wykonywał lot tranzytowy wkrótce po powyższych wydarzeniach (nad podkarpacie wleciał w godzinach porannych, w świetle wstającego dnia - ok. godz. 4.30, a opuścił polską przestrzeń powietrzną w województwie podlaskim godzinę później) nad południowo-wschodnią i wschodnią Polską, w tym nad Rzeszowem, Stalową Wolą i okolicach Lublina, w drodze do... Moskwy.

Materiał przedstawia opinie i obserwacje autora, nie był z nikim konsultowany. Zawarte lokalizacje i czas opierają się o ukraińską sieć ostrzegania ludności (ogólnokrajowa, lokalne i oficjalny profil Sił Powietrznych) oraz oczywiście publiczne wypowiedzi polskich decydentów.

Mariusz Cielma




Rejestracja

Funkcja chwilowo niedostępna

×

Logowanie

×

Kontakt

×
Wydatki obronne Polski w 2025 roku

Wydatki obronne Polski w 2025 roku

W 2025 roku na potrzeby obronne Polski z budżetu państwa i Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych (FWSZ) wydatkowano łącznie 169,39 mld PLN. To o 31,87 ml...

więcej polecanych artykułów