2014-08-25 23:31:03
Amerykański batalion – garnizon Mazury
Wydarzenia ostatnich miesięcy zdynamizowały dyskusję, nie tylko w naszym kraju, ale w Europie, czy nawet u sojuszników za oceanem, na temat obecności wojskowego potencjału NATO w tzw. wschodniej flance sojuszu. Kwestia jest podnoszona szczególnie przez małe republiki nadbałtyckie, Polskę, w pewnym stopniu Rumunię. W jaki sposób podzieliła sojusz, pokazuje nie tylko stanowisko Berlina czy Rzymu, ale nawet wydaje się posiadających taki sam poziom bezpieczeństwa co Polska, Czechów, Słowaków lub Węgrów. W praktyce obecność wojskowa NATO w Europie Środkowej dotyczyć powinna Polski, nie z powodu zagrożenia wojennego dla terytorium naszego kraju, ale niebezpieczeństwa wynikającego z zobowiązań sojuszniczych dla polskich Sił Zbrojnych i wiarygodności całego NATO. Na Mazurach powinien stacjonować amerykański batalion.
Z prawdopodobieństwem bliskim zeru można prognozować w przewidywanym przedziale czasu zagrożenie dla integralności terytorialnej Polski. Bardziej prawdopodobny jest szantaż rakietowo-lotniczy, mający wywołać w polskich władzach określone zachowania, za to najbardziej wiarygodnie brzmi groźba osłabienia polskiego systemu militarnego.
Wojsko Polskie z uwagi na liczebność jest potęgą militarną na lądzie pośród europejskich członków NATO. Jednocześnie nasz kraj graniczy z bardzo prawdopodobnym kierunkiem rosyjskiej ekspansji, mowa oczywiście o Litwie, Łotwie i Estonii. Nie chodzi tylko o resentymenty posowieckie, ale przede wszystkim zapewnienie sobie korzystnych podstaw wyjściowych w rejonie Bałtyku i uzyskanie lądowego połączenia z enklawą kaliningradzką. W sytuacji zagrożenia, powoływania się na czwarty czy piąty artykuły Traktatu Waszyngtońskiego, na zachodzie Europy nie ma sił zdolnych do wsparcia trzech republik. Większość dywizji NATO, jakie były obecne jeszcze dekadę temu w Niemczech, Holandii, Francji czy nawet Wielkiej Brytanii, przeniosło się już do annałów wojskowej historii Paktu. Dzisiejsza obecność amerykańska w Europie ma charakter tylko osłonowy lub wręcz stanowi zaplecze do reakcji, ale w Afryce czy na Bliskim Wschodzie. NATO w Europie to wirtualne dywizje, a to co z nich pozostało, nie jest utrzymywane z myślą o klasycznym konflikcie. Nikt chyba się nie łudzi, że pomimo zestrzelenia melezyjskiego Boeinga, grabieży Krymu czy walk w Donbasie, w Holandii pojawią się znowu bataliony czołgów, a Bundeswehra rozbuduje swoje wojska ciężkie, dziś ograniczone do raptem dwóch dywizji z około 230 czołgami.

Wiarygodność sojuszu NATO w naszym regionie i bezpieczeństwo polskich Sił Zbrojnych zależy dziś tylko od Amerykanów. Ważne są składy i magazyny, ale najistotniejsza jest obecność amerykańskiego zgrupowania od pierwszego dnia kryzysu. fot. Richard Bumgardner/EUCOM
Jedyna siła i nadzieja na wschodniej flance NATO to 13 brygad polskich Wojsk Lądowych. Polska armia posiadają jeszcze komponent ciężki, mamy więcej czołgów niż Niemcy i Francuzi razem wzięci, na dodatek nasze siły zbrojne znajdują się w "przedsionku" potencjalnej strefy do operacyjnego ich użycia. Polski komponent lądowy pełen jest braków, ale fizycznie istnieje i ma zobowiązania wynikajające z planów ewentualnościowych. Te zobowiązania mogą być dla nas groźne. Wszyscy bowiem widzimy jak czasochłonne jest wypracowanie jednolitej decyzji w NATO czy Unii Europejskiej. Widzimy, jak ociężałe są systemy militarne zachodniej Europy, dziś minimalizowane, zdominowane przez jednostki o charakterze lekkim, ekspedycyjnym.
W interesie strony polskiej jest oczywiście powstanie magazynów, składów i baz materiałowych przygotowanych dla sił wzmocnienia NATO, jednak w praktyce na przybycie tych wzmocnień potrzeba tygodni, jeżeli nie miesięcy. Potencjał gotowy do podjęcia klasycznych działań bojowych posiadają jeszcze tylko Amerykanie. Wszelkie hasła związane ze wzmocnieniem flanki sojuszu nierozerwalnie wiążą się zatem ze Stanami Zjednoczonymi. To jedyne państwo, mające poprzez swój globalny status interes w tym, aby faktycznie zatrzymać rosyjską ekspansję na określonym poziomie. Nie ma to żadnego związku z sentymentalizmem, braterstwem broni, Tadeuszem Kościuszko czy Kazimierzem Pułaskim. Ma to związek z amerykańskim interesem w Europie.
W naszym interesie jest wypełnić zobowiązania sojusznicze wobec Litwy, Łotwy i Estonii. Biorąc pod uwagę dzisiejsze tempo rozwijania się konfliktu i ociężałość NATO, można być pewnym występującej presji na polskie władze, aby samodzielnie, „tymczasowo”, wysłały oddziały Wojska Polskiego na teren trzech republik. Nie można dopuścić, aby tak się w praktyce stało. Jedynym sposobem gwarantującym, że nie tylko nasi żołnierze znajdą się "pod Wilnem, Rygą czy Tallinem", jest obecność amerykańskich wojskowych w ramach sojuszniczego zgrupowania w Polsce. Od pierwszego dnia kryzysu. Wspólne działania polskiego kontyngentu wraz z amerykańskim oddziałem zmieni kalkulacje strony rosyjskiej i równocześnie będzie swoistym gwarantem zaangażowania się USA w rozwiązanie kryzysu. Waszyngton będzie mobilizować troska o zdrowie i życie kilkuset własnych obywateli. Nie ma potrzeby zatem, aby w Polsce obecne były dwie amerykańskie brygady ciężkie, co jest oczywiście niemożliwe z kilku względów - wystarczy nawet batalion.
Polska opiera swoje bezpieczeństwo o trzy filary: narodowy potencjał, sojusz transatlantycki oraz ponadnarodowe powiązania w ramach NATO, czy nawet Unii Europejskiej. Polska dyplomacja powinna stale podgrzewać ogień europejskiej solidarności wzmacniający wspólny wysiłek, ale powinna mieć także świadomość, że pragmatyzm przemawia za priorytetem wzmocnienia bilateralnego polsko-amerykańskiego sojuszu. Sojuszu egzystującego w ramach interesu globalnego Stanów Zjednoczonych oraz wynikającego z regionalnych zagrożeń (Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Szwecja, Finlandia i Rumunia). Nie znajdziemy takiego konsensusu w ramach całej Unii, czy NATO. To jest widoczne już dziś, na ponad tydzień przed szczytem NATO w Walii, który przyniesie znowu owoce w postaci deklaracji o solidarności i hasła o budowie wspólnych zdolności. Spotkanie w Wali nie zlikwiduje dzisiejszych niedomagań Paktu.
Dzisiejszego NATO nie można porównać do czasów Zimnej Wojny, do solidarności z tamtego okresu. Nie chodzi tylko o potencjał wojskowy, chociaż w 1993 roku sama Bundeswehra miała aż 12 dywizji operacyjnych i dodatkowo jednostki po byłej NRD. Inna jest pozycja Europy w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi. Patrona europejskich państw, w pewnym względzie nawet żandarma dla Niemców i izolatora dla Francji. Dziś w Europie góruje szeroka autonomia narodowa, wręcz można powiedzieć chaos w kwestii bezpieczeństwa, który kierownictwo rosyjskie w łatwy i skuteczny sposób wykorzysta. Tak Europa jest "rozgrywana" od wielu już lat w różnych sferach międzynarodowej aktywności. Polska i nasz region, w tym chaosie, ze swoimi mniej czy bardziej zasadnymi obawami, się nie przebije. Jak jesteśmy postrzegani po 15 latach w NATO, wieloletnich operacjach w Iraku czy Afganistanie, niech świadczą obecne głosy o braku zgody na bazy NATO w Polsce, czy na terenie innych „nowych” członków sojuszu. W wielu stolicach, granica "cywilizowanej" Europy przesunęła się tylko z Łaby nad Odrę. Opinia publiczna w Polsce powinna mieć tego świadomość.
Instalacje logistyczne, składy, magazyny są z pewnością pożądane, ale skuteczność zobowiązań NATO i nawet jego wiarygodność zagwarantować może tylko obecność Amerykanów na polskiej ziemi.
Mariusz Cielma